Moje dziecko się buntuje. I dobrze!

NIE! NIE! NIE!
Jak z tym walczyć?

Fajnie, że walczy o swoje
Czasami Synka zdanie jest zupełnie z innego bieguna niż moje, a wtedy pokusa, by jednak postawić na swoim, u obu nas jest duża. U mnie to łatwiejsze. Z oczywistych względów.

Pokazując mu, że jestem silniejszy i mogę na nim wymusić to i owo, zupełnie niechcący uczę go, że silniejszemu trzeba się podporządkować. A przecież to nieprawda i w ogóle nie o to mi chodzi. Pozwalając mu krzyczeć, a nawet niekiedy bić mnie, jak już nie może sobie poradzić z moim kategorycznym NIE, też zupełnie niechcący uczę go, że warto mieć swoje zdanie i o nie powalczyć, a czasem postawić na swoim i kropka. Kategorycznie.

Wkurza mnie to, jak mnie leje
Łapię się na tym, że mam ochotę od razu hamować te jego bokserskie zapędy. Jednak chcę go też nauczyć, że nie wszyscy, nawet tata, będą się z nim zgadzać, co nie znaczy, że jego zdanie jest gorsze i ma ustępować tylko dlatego, że ktoś jest silniejszy. Jego zdanie jest po prostu inne, ale tak samo ważne.

Jedni to nazwą głupotą, ja – odwagą
Nie chcę niszczyć w moim Synku tego twardego stawiania na swoim. Wychowuję go przecież nie dla siebie, ale dla świata i dla innych. Szczególnie dla przyszłej jego żony, partnerki czy po prostu dziewczyny, która musi czuć się przy nim bezpiecznie. Jeśli ma wyrosnąć na świadomego swej wartości faceta, nie może bać się postawić komuś nawet większemu i silniejszemu od siebie. Musi wierzyć, że jego „swoje” jest najważniejsze i że warto o nie zawalczyć.

Może idę za daleko
Może to niewychowawcze. Nie wiem. Ale nierzadko hamuję się w kategorycznych zakazach i nakazach i pozwalam mu robić rzeczy tak jak chce on. A przynajmniej tak mu się wydaje, bo wybór mu daję – ale tylko pozorny. Ubrać się może w to czy tamto, ale ubrać się musi. Tak samo z jedzeniem. Zje to lub tamto, ale zje, więc obaj jesteśmy zadowoleni. Czasami wymaga to niemałej cierpliwości, ale to nie takie trudne. Niektórzy nazywają to manipulacją. Ja wychowaniem.

Dołącz do dyskusji