Jak zostałem bajkopisarzem, czyli przez mękę do happy endu

Piszesz, więc jesteś pisarzem,
choć to nieprawda

Nie wiem, czy każdy artysta tak ma, ale ja na początku bałem się swoich arcydziełek, czyli bajek dla dzieci. Nie samych tekstów, czy co więcej samych postaci, bo co one mi mogły zrobić. Może to głupie, ale przejmowałem się reakcją odbiorców na to, co piszę. Na szczęście to, czego się bałem najbardziej, okazało się moim zbawieniem. 

Chwal się
W końcu się odważyłem i pokazałem teksty najpierw rodzinie i przyjaciołom. Trudno tu wprawdzie mówić o jakiejś szczególnej odwadze. Bliscy przecież zawsze powiedzą coś miłego. Nie wiem, czy ich ciepłe słowa o „Kurze, co tyła na diecie” były na sto procent szczere. Nieważne. Dały mi dobrego kopniaka, by pisać więcej bajek dla dzieci.

Bliskim ufaj nie do końca
Dla potwierdzenia tych ambicji musiałem zaprezentować się przed obcymi, którzy byliby bardziej obiektywni. Poprzeczkę zawiesiłem sobie wysoko jak na początkującego autora znanego tylko mocno kameralnej publiczności. W zasadzie tylko koleżance i jej synkowi - Pawełkowi, dla którego napisałem "Kurę". Ania początkowo potraktowała ją dość osobiście, ale teraz się tylko z tego śmiejemy.

Turniej Jednego Wiersza, czyli mojego
Później pomyślałem: jak szaleć to szaleć. Od razu z grubej rury. Przypadkiem trafiłem na Turniej Jednego Wiersza. Takie spotkanie młodych poetów chwalących się swoją poważną twórczością o trudach egzystencji. Mój dzień – pomyślałem. Jeśli mam być Panem Poetą, to właśnie teraz.

Scena, mikrofon i galareta
Wszedłem na scenę. Serce waliło jak deszcz o tropik namiotu. Ciśnienie podskoczyło jak cola, do której ktoś właśnie wrzucił Mentosa. W nabrzmiałym poważną poezją miejscu zaczynam swoje górnolotne wersy: „Tyła kura raz na diecie: jecie, Kuro, czy nie jecie?”

Jury
Byłem tak skupiony, że nie dostrzegłem reakcji jury, a dużo bym dał, by zobaczyć ich miny. W każdym razie dostałem duże brawa, ale schodziłem ze sceny bez większych nadziei. Nie to miejsce. Nie ta twórczość. Nie to jury.

Pierwszą nagrodę otrzymał ciekawy tekst, tyle że nie mój
Gdzieś tam cichą nadzieję miałem na drugą nagrodę. Niestety. Trzecia? Też zabrał ją ktoś inny. Ok. Ale i tak wychodzę na tarczy. Zaprezentowałem się. Poznali mnie. Wychodzę. Nagle mikrofon zabiera prowadzący spotkanie, ogłaszając, że jury przyznało jeszcze jedną nagrodę publiczności „Kurze, co tyła na diecie”. Zapraszamy na scenę.

Aaaaaaa! Tak! Tak! Tak!
Oszalałem. To wspaniałe uczucie. Zupełnie obcy ludzie docenili coś, co już bardziej nie mogło być moje . „Kura…” odchodzi z najcenniejszą z nagród, a to przecież mój pomysł i mój tekst, który skreślałem chyba tysiąc razy, by została ta piękna wersja. Wypolerowana. Jedyna. I super, bo teraz ma nagrodę. Ja też, bo od tamtej pory nazywam się pisarzem. I to największym – bo prawie dwumetrowym ;-).

Z górki choć pod górkę
Wtedy zamarzyłem o wydaniu własnej bajki dla dzieci. Miałem tekst, więc zleciłem rysunki. Kilka miesięcy później książka była gotowa do składu. Oczywiście, że wydrukowałem sobie prototyp. A jakże! Po pierwszych tygodniach radości pozostało pytanie: co dalej? I zaczęło się pod górkę. Pisałem do różnych wydawnicw, ale to jak na infolinii. Możesz czekać i czekać, choć bez większych nadziei.

Jeśli nie wydawnictwa, to gdzie?
Pomyślałem sobie, że muszę postawić na Czytelników. Skoro nie wydawcy, to wydam książkę sam, ale ją wydam. Chociaż najpierw wolałem zapytać o zdanie Odbiorców. Skoro im się spodoba, to nic mnie nie zatrzyma – pomyślałem. Czy na tyle zauroczy ich koncepcja książki, że kupią ją w przedsprzedaży właśnie po to, by jednak się ukazała? Dlatego zorganizowałem akcję na wspieramkulture.pl

Decyzja Czytelników
Odważyłem się poprosić o pomoc, bo miałem ciekawe marzenie. Jedynym brakującym elementem były środki na druk książki. Ale nie było tak, że nie oferowałem nic w zamian. Każdy mógł wybrać sobie prezent, np. zamówić w przedsprzedaży książkę, a jeśli nie, to chociaż kawę z Panem Poetą. Chyba że wolał posłuchać komplementów od samej Kury, to też była taka możliwość. A jest w tym dobra, bo siebie także mocno docenia w bajce o „Kurze, co tyła na diecie”.

Gdyby się okazało, że komuś temat wydał się bardzo ciekawy, przygotowałem możliwość otrzymania tytułu Patrona, a także Fundatora Pana Poety. Wiązało się to z tym, że wraz z książką, na stronie i w mailach, zawsze i wszędzie będę podkreślał, kto wspierał mnie od samego początku.

Opłaciło się, ale nie tak jak myślisz
Cała akcja rozegrała się w internecie. Informowałem o niej znajomych na Facebooku, Instagramie i wszędzie, gdzie tylko się dało. Chyba zrobiłem to dobrze, bo nawet obcy ludzie chętnie dzielili się linkiem do akcji i wybierali dla siebie prezenty. Zrobił się tak duży szum w sieci, że stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem.

Wydawnictwo

Mniej więcej w połowie akcji, kiedy było już bardzo prawdopodobne, że zakończy się ona sukcesem, zgłosiło się do mnie bardzo duże wydawnictwo z zapytaniem o spotkanie. Pomyślałem, że Prószyńskiemu się nie odmawia. Zabrałem Kurę-pacynkę, prototyp książki i wyruszyliśmy w drogę. I muszę powiedzieć, że bardzo dobrze, bo to prawdziwi profesjonaliści. Szybko doszliśmy do porozumienia i okazało się, że wydadzą nie jedną, a trzy moje książki, i nie w minimalnym nakładzie (jak zakładałem w akcji), a w standardowym. 

Premiera

Książka ukazała się 16 maja nakładem wydawnictwa Prószyński. Jeszcze rok temu gdyby mi to ktoś powiedział, nie uwierzyłbym. Wszystko potoczyło się tak szybko i niespodziewanie, że nadal przecieram oczy ze zdumienia. Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zaangażowali się w listopadową akcję, przyszli na spotkania z Panem Poetą i poznali mnie bliżej, a co najważniejsze – polubili książkę. Bez Waszego zaangażowania wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Naprawdę bardzo dziękuję.

Dołącz do dyskusji