Gotowanie z dzieckiem. Egzamin cierpliwości, który oblałem.

Mój Synek i ja inaczej rozumiemy pieczenie

Do tej pory codziennie piekłem chleb. Od niedawna do kuchni dołączył Synek. To nawet miłe, że chce robić ze mną prawie wszystko. W końcu jak często do tej pory byłem dla kogoś aż takim wzorem? Choć "wzór" to może niedobre słowo, o czym przekonałem się, jak tylko zaczęliśmy przygotowywać ciasto.

Piekę sam, bo najzdrowiej
Do przepisu dodajemy tylko to, co chcemy. Synek poznaje składniki, ich nazwy i uczy się, że niektóre potrawy lepiej zrobić samodzielnie. Staram się angażować go w dodawanie i mieszanie mąki z wodą, ziarnami i drożdżami. Ja w tym samym czasie uczę się cierpliwości, bo do tej pory przed pieczeniem przygotowywałem sobie wszystko w osobnych naczynkach. Odważone i gotowe. Tak było szybciej i sprawniej.

Moje dziecko w kuchni
Teraz to Synek dolewa, choć w zasadzie rozlewa wodę, a ja ścieram i gotuję nową. Gdy próbuję zważyć drożdże, jakaś mała rączka zakłóca niezwykle czułe wyliczenia elektoronicznej wagi. Więc odwracam uwagę „przeszkadzacza”. Na przykład słonecznikiem. Proszę go, by dosypał odmierzoną wcześniej ilość do chlebowej mikstury. Jednak z precyzyjnie odważonej wcześniej porcji słonecznika znika kilkadziesiąt gramów, jak to Synek mówi: w bzusku. Znów muszę albo ważyć od nowa, albo machnąć ręką. Przepis przecież nie jest tak dokładny i nikt nie zauważy braku tych kilku ziarenek. Odpuszczam.

Cierpliwość i olewka zamiast gniewu
Choć początkowo ciężko mi było zachować spokój, to później pomyślałem, że bez przesady. Mi nic się nie dzieje, a Synek wiele się nauczy. Zresztą nie tylko on, bo ja też – na przykład cierpliwości. Czasami to wkurza, nie powiem, ale warto gotować z dziećmi. Żadne gotowanie nie będzie nigdy takie samo, a ile frajdy, ciekawych pytań i sprzątania! Poza tym można na nowo odkywać całą magię kuchni, z zaciekawieniem przyglądać się roznącej masie i delektować się świeżym chlebem tak jak za pierwszym pieczeniem. Niesamowite przeżycie. Znowu.

Dołącz do dyskusji